Konferencja 3

KONFERENCJA III.  

Zagubiony Bóg

 

Niejednokrotnie w prasie znajdujemy ogłoszenia o następującej treści: „Zgubiłem ważne dokumenty służbowe. Uczciwego znalazcę proszę o kontakt” lub „Zgubiłem legitymację… zegarek, drogocenną pamiątkę rodzinną”. I tu następuje podanie adresu lub numeru telefonu.

 

Kiedy zgubi się człowiek, wtedy w telewizji pokazują fotografię zaginionego, a spiker podaje krótki opis cech charakterystycznych zaginionego.

 

Ale nigdy jeszcze środkach masowego przekazu nie znalazłem – a myślę, że każdy z was również nie – informacji o takiej treści: „Dnia 15 września 2019 roku…” lub „5 stycznia bieżącego roku… zgubiłem Boga. Świadka tego wypadku proszę o bezzwłoczny kontakt”.

 

A to przytrafiło się Maryi i Józefowi podczas obchodów Święta Paschy. Zaginął im dwunastoletni Jezus. Św. Łukasz po­twierdza ten fakt lapidarnym stwierdzeniem: „Został Jezus w Jero­zolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice”.

 

U nas bywa podobnie. Nieraz gubimy Boga wraz z faktem powieszenia do szafy pierwszokomunijnego ubranka.

 

Innym razem po głębszym zastanowieniu spostrzegamy, że „nasz Bóg” stał się dla nas pustym terminem, pojęciem. I gdy tak szukamy w pamięci przyczyn takiego stanu rzeczy, jednoznacznie stwierdzamy: przecież od dobrych kilku lub kilkunastu lat ja w za­sadzie nie modliłem się. A to co nazywałem modlitwą, było zwy­kłym, mechanicznym, bezdusznym „klepaniem”, czczą formułką, współczesną pańszczyzną odwalaną z niechęcią między ostatnim programem telewizyjnym a snem. Ale nigdy nie była to prawdziwa rozmowa z Bogiem, mój dialog z osobowym Bogiem.

 

Może stwierdzamy, że od kilku dobrych lat nie mieliśmy w ręce Pisma św., książki czy czasopisma religijnego. Może nawet nie wiemy ile jest ksiąg w Piśmie świętym. Dlatego nie dziwmy się, że po „naszym Bogu”, nie po Bogu chrześcijaństwa, Jana Pawła II, Matki Teresy z Kalkuty, św. Maksy­miliana Kolbe, ale po „naszym Bogu” pozostała pusta rama bez treści.

 

A może zadziało się coś niego: Stwierdziliśmy, że jesteśmy tak mądrzy, tak rozsądni, tak nowocześni, bo skończyliśmy szkoły, a tam kiedyś mówiono, że „religia to opium dla ludu”, bo „Darwin…, bo współczesna nauka mówią inaczej”. Może zostaliśmy odurzeni tą wielką chmurą pustych frazesów. A przy tym nigdy nie zdobyliśmy się na to, aby coś więcej wiedzieć, coś więcej poczytać z interesującej lub intrygującej problematyki religijnej, aby spraw­dzić, czy to co „oni” mówili jest prawdą, ma pokrycie w literaturze. Nie podjęliśmy próby „odszukania” właściwego, prawdziwego i żywego obrazu Boga.

 

Ktoś inny gubi Boga na stromych stopniach kariery naukowej, społecznej, politycznej. Uważa, że w pewnym okresie życia Bóg wymaga o wiele za dużo, bo mówi, że nie można wzbogacić się kosztem drugiego człowieka, łapówką, nieuczciwością, oszustwem. Bóg zaczyna ciążyć jak zbyt ciężki plecak, dlatego pozostawia się Go na pierwszym lepszym zakręcie na przydrożnym kamieniu i przyspiesza kroku, aby czasami On nie upomniał się o należne Mu miejsce w moim życiu. Bo On jest za stary i ten stary Bóg nie pasuje do tego nowego, mojego stylu życia.

 

A może po prostu doszło do wypadku, do katastrofy moralnej, duchowej, egzystencjalnej. „Tak ją kochałem, a ona w tym właśnie momencie, kiedy najbardziej jej potrzebowałem odeszła z innym” – zwierza się młody, zrozpaczony mąż, pozostawiony z dwójką małych dzieci.

 

A może po prostu „nasz Bóg” „wyciekał” powoli, przez lata z naszego starego, dziurawego bukłaka wiary, który łataliśmy już kilka razy, ale nigdy nie zdobyliśmy się na to, aby sprawić sobie nowy, lepszy, odpowiedni do współczesnych wymogów wiary.

 

Co zrobiła Maryja i Józef, kiedy spostrzegli „Zgubę”. Oni nie ograniczyli się do krótkiej, suchej notatki w prasie czy do publicz­nego ogłoszenia „drogocennej Zguby”. Oni nie poszli dalej. Nie wrócili do swoich prozaicznych zajęć, bo to w tym momencie nie miałoby żadnego sensu. Oni zatrzymali się i szukali Go wśród krewnych i znajomych, a gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy.

 

Wrócili do miejsca, gdzie po raz ostatni widzieli Boga, gdzie po raz ostatni spotkali się i rozmawiali z Jezusem. Czy pamiętasz, kiedy to było? Czy pamiętasz, kiedy po raz ostatni tak naprawdę rozmawiałeś z Bogiem? Kiedy po raz ostatni „widzia­łeś” Boga? Jeśli nie, to Maryja z Józefem wskażą ci właściwą drogę do Jezusa.

 

Maryja z Józefem odnaleźli Jezusa w świątyni. We właściwym miejscu przebywania Boga z człowiekiem i człowieka z Bogiem. Bóg mieszka w Kościele. Bóg mieszka wśród nas. W społeczności ludzi wierzących, którzy karmią się Ciałem i Krwią Jezusa Chrystusa, którzy przyjmują i rozważają Słowa Pana.

 

Jezus Chrystus jako dobry i hojny Gospodarz codziennie zastawia obfity stół Słowa i swojego Ciała i zaprasza wszystkich na swoją Ucztę. Trzeba jednak przyjąć zaproszenie, trzeba przybrać szatę godową, trzeba uczynić krok w stronę domu Gospodarza.

 

Najpełniej człowiek spotyka Boga w sakramentach sprawo­wanych w imieniu Chrystusa działającego w Koś­ciele i poprzez Kościół.

 

W Sakramencie Chrztu zostaliśmy włączeni w Kościół, zostaliśmy złączeni z Chrystusem, a obecnie świadomie i aktywnie mamy kroczyć drogą chrzcielną, drogą wiodącą do Jezusa Chrystusa. Jezus zna nasze słabości. On, jako doskonały Nauczyciel i Pedagog, przewidział nasze upadki, zwątpienia, zejścia z właściwego traktu, stąd ustanowił Sakrament Pojednania, w któ­rym możemy rozpoznawać siebie, swoją małość, słabość. W tym sakramencie prawdy o Bogu i o sobie sam Jezus podaje nam dłoń. On chce, abyśmy kroczyli za Nim i z Nim. On jest pośród nas aż do skończenia świata. On przyszedł szukać to, co zginęło.

 

W sakramencie miłości – Eucharystii ofiaruje Siebie jako pokarm. Z miłości do człowieka, z miłości do mnie stał się pokar­mem, przeznaczonym na „zniszczenie”, na „przemianę”, na „wchła­nianie”. „Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli Jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w Niej żywego uczestnictwa. I dlatego Chrystus Odkupiciel obja­wia w pełni człowieka samemu człowiekowi” (Redemptor hominis nr l). Człowiek w Chrystusie odnajduje swoją własną wielkość, godność i wartość swego człowieczeństwa. Człowiek zostaje w ta­jemnicy Odkupienia na nowo potwierdzony, stworzony, wypo­wiedziany.

 

W sakramencie dojrzałości chrześcijańskiej – Bierzmowaniu, powinien świadomie i zdecydowanie opowiedzieć się po stronie Chrystusa, Kościoła. Człowiek, który chce zrozumieć siebie do końca, musi z niepokojem, niepewnością, a także słabością i grzesznością, ze swoim życiem i śmiercią przybliżyć się do Chrystusa w Duchu Świętym.

 

Każdorazowe szukanie i odnajdywanie Jezusa Chrystusa jest szukaniem i odnajdywaniem siebie. Jeśli dokona się w człowieku ów dogłębny proces, wówczas owocuje on nie tylko radosnym uwiel­bianiem Boga, ale także głębokim zadumaniem nad sobą samym, nad wielką i niepojętą godnością dziecka Bożego. „Jak wielki musi być człowiek, skoro zasłużył sobie na takiego i tak potężnego Odkupiciela!” Jan Paweł II w encyklice Redemptor hominis to właśnie głębokie zdumienie wobec wartości i godności człowieka nazywa Ewangelią, czyli Dobrą Nowiną. Nazywa to chrześcijań­stwem. „Człowiek bowiem jest drogą Kościoła i stanowi o posłannic­twie Kościoła w świecie współczesnym” (Redemptor hominis nr 10).

 

Odkupienie, które przyszło przez krzyż, nadało człowiekowi ostateczną godność i sens istnienia w świecie, sens w znacznej mierze zagubiony przez grzech.

 

Żaden człowiek, nikt z nas nie może zapomnieć o swojej wielkości i ostatecznym przeznacze­niu.

 

Bo jak napisał Schiller: „Człowiek rośnie na miarę wielkości swego celu”.