Konferencja 2

KONFERENCJA  II.

         Drugi temat rekolekcji wielkopostnych, łączący się ściśle z pierwszym, to problem „co uczynić, by nasza wiara była silna”.
Często słyszy się deklaracje: „jestem wierzący, ale niepraktykujący”. Takie stwierdzenie już jest samo w sobie sprzeczne i absurdalne. Człowiek bowiem naprawdę wierzący nie może być niepraktykujący, a jeśli jest niepraktykujący to na czym polega jego wiara? Na słownych, nic nie kosztujących deklaracjach?

 

Wydaje się, że dziś w pogoni za nowoczesnością, za szybkim sukcesem, za materialnym dostatkiem zagubiliśmy  coś dalece ważniejszego. Kształcenie intelektualne – niestety – zastąpiło formację duchową i ludzką.

 

Przykłady?

–     na przygotowanie zawodowe i profesjonalne poświęcamy tak wiele czasu i pieniędzy, a jednocześnie na religijną formację nie mamy czasu.

–    Wykształcenie lekarza wymaga co najmniej pięcio – czy nawet siedmioletnich studiów.

–    Wykształcenie inżyniera to co najmniej cztery, pięć lat studiów.

–    Studia prawnicze, ekonomiczne, rolnicze, artystyczne i jakiekolwiek inne zajmują wiele lat, a poprzedzone są przecież nie tylko szkołą podstawową czy liceum.

 

W sumie profesjonalne przygotowanie zabiera nam kilkanaście (a nieraz i więcej) lat życia. A jednocześnie religijna formacja jest tak drastycznie redukowana do minimum, a nawet w wielu przypadkach całkowicie negowana czy odrzucana.

 

A w końcu efekt niedouczonego, powierzchownego chrześcijanina jest taki, że posiada coś na kształt wiary, co jest niestety karykaturą wiary, albo po prostu nieporozumieniem.

 

A przecież musimy pamiętać to, co mówił św. Pawła w liście do Koryntian: „Wiara jest ogromnym skarbem, który Bóg złożył w naszym sercu, a my „przechowujemy ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas.”

 

           Wiarę trzeba więc najpierw rozpoznać jako skarb, zrozumieć i chronić.
Czemuż więc się dziwić, że nam się te naczynia rozlatują, skoro nic nie zrobiliśmy, aby je umocnić?

 

Tak łatwo zwalać winę na złych katechetów, niedobrych księży. Tak łatwo usprawiedliwiać się brakiem czasu, niedogodnościami różnego rodzaju. Tak łatwo z uśmieszkiem politowania traktować sprawy wiary. Tylko później jesteśmy zdziwieni, że nam jej nie dostaje, że jest ona słaba, nijaka, bezkształtna i infantylna.

 

A jest to przecież skarb mnie osobiście dany.

 

Oczywiście, Bóg dał mi ten skarb za pośrednictwem Kościoła i w Kościele. Oczywiście Kościół jest odpowiedzialny za moja wiarę, ale co ten Kościół ma robić, skoro ja już dawno „zmajstrowałem sobie” religię własnej roboty. Chałupniczą metodą poprzekrawałem i wybrałem to, co mi pasuje, a odrzuciłem to co jest dla mnie niewygodne?

 

Ale z tą „religią własnej roboty” jest jak z pieniądzem własnej roboty. Nie ma żadnej wartości!

 

A świat współczesny (ze swoją demagogią) domaga się od nas wiary dorosłej, dojrzałej, świadomej i pogłębionej.

 

I tu dochodzimy do sedna naszej nauki dzisiejszej: Co więc czynić, aby moja wiara była mocna?

 

Amerykański trapista Tomasz Merton w swej książce „Nikt nie jest samotną wyspą” pisze: „Chcesz poznać Boga? Jeśli tak, to naucz się rozumieć słabości i niedoskonałości innych ludzi. A jak możesz je zrozumieć, nie uświadamiając sobie własnych słabości?

A jak możesz zrozumieć znaczenie własnych ograniczeń, jeśli nie otrzymałeś od Boga miłosierdzia, mocą którego poznajesz Jego i siebie?

 

W tych słowach kryje się dla nas bardzo głęboka mądrość „zrozumieć znaczenie własnych słabości i ograniczeń”.

 

Tylko człowiek pyszny i zarozumiały będzie twierdził, że takowych nie ma.

Człowiek naprawdę mądry i dojrzały jest świadomy swoich grzechów.

 

A człowiek wierzący wie nadto, że te wszystkie słabości, ograniczenia, grzechy nawet, są próbą jego wiary i pokory. Człowiek wierzący za świętym Pawłem powtórzy: „Dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował – żebym się nie unosił pychą.”

 

          Z tej perspektywy także błędy i grzechy innych nabierają zupełnie innego znaczenia i sensu.

 

Człowiek powinien umieć dostrzec obok zła, także dobro.

 

Człowiek dojrzały widzi słabości swoje i innych, ale widzi także drogi wyjścia z impasu, widzi także dobro, które można pomnożyć, rozwinąć, uaktywnić.

 

Człowiek głębokiej i prawdziwej wiary nie wzrusza obojętnie ramionami i nie uśmiecha się z pogardą dla słabości innych, ale umie spojrzeć z miłosierdziem, i na siebie, i na innych.

 

Komu brakuje pełnego wyrozumiałości miłosierdzia nigdy nie pozna naprawdę Boga, a jego wiara będzie bardzo słaba i będzie łatwo ulegał zniechęceniu widząc niedoskonałość, najczęściej właśnie u innych.

 

Jest poza tym rzeczą ciekawą, że najczęściej nie umieją innym przebaczyć ci, którzy nie umieją przebaczyć samym sobie, swoich własnych słabości.

 

I dlatego, aby odwrócić od siebie uwagę, aby zagłuszyć swoje własne wyrzuty sumienia, tak bardzo głośno i zdecydowanie potępiają i napiętnują innych.

 

Swoje własne poczucie winy, nieumiejętność wybaczenia sobie samemu rekompensują wytykaniem winy innych.

 

I dlatego warunkiem dojrzalej wiary jest najpierw i przede wszystkim umiejętność wybaczenia sobie. To pozwala mi okazać miłosierdzie także wobec innych i tym samym poznać pełnego Miłosierdzia Boga.

 

          Miłosierdzie nie jest oczywiście pobłażliwością, czy przymrużeniem oka.

 

          Miłosierdzie zakłada pełny i prawdziwy osąd moralny, który nie lekceważy zła i nie udaje, że go nie ma, ale widząc i nazywając zło po imieniu, wie, że zło nie jest rzeczywistością ostateczną, że w końcu zwycięża dobro.

 

Ale także, że owo dobro może zwyciężyć tylko wtedy, gdy ja sam je pomnażam i gdy potępiając zło, próbuję pomóc się z niego wydostać temu, kto je popełnia.

 

W przeciwnym wypadku, sama krytyka zła i jego napiętnowanie nie przyczyniają się do pomnożenia dobra, ale wprost przeciwnie do jego pomniejszenia.

 

Stąd właśnie ta bardzo głęboka i poruszająca definicja przebaczenia: „przebaczyć komuś, to przywrócić mu w naszym sercu utraconą pozycję”. Człowiek dojrzałej wiary wie, jak to jest trudne, ale jednocześnie wie, że jest to jedyne sposób na uzyskanie Bożego Miłosierdzia i przebaczenia, bo Bóg tak właśnie mnie przebacza moje winy!!

 

         Powtórzmy jeszcze raz jasno:

 

Człowiek głęboko wierzący nie jest stale niezadowolonym i pełnym pogardy cynikiem, czy pesymistą. Cynik i wiecznie niezadowolony, pesymista nie jest na pewno człowiekiem głęboko wierzącym. Człowiek głęboko wierzący zdaje sobie sprawę, że nie wszystko wokół niego, a także i w nim, jest doskonałe, ale też wie, że sam może wiele zmienić dzięki swojej pracy i z Bożą pomocą. A to, czego zmienić nie może pozostawia Bożej Wszechmocy i Bożej Łasce.

 

          Już podobno Marek Aureliusz miał się modlić:

 

Panie daj mi odwagę, abym mógł zmienić to, co zmienić mogę. Daj cierpliwość, abym mógł przyjąć to, czego zmienić nie mogę. Ale nade wszystko daj mądrość, abym umiał odróżnić jedno od drugiego.

 

Człowiek głęboko wierzący z odwagą zmienia to, co zmienić może, z pokorą i ufnością przyjmuje to czego zmienić nie może, i ustawicznie modli się o mądrość, ale nigdy nie narzeka, bo to podważa jego wiarę i neguje zaufanie do Boga.

 

Drugim więc punktem naszym rozważaniu jest pogłębiona refleksja nad sposobem ukazywania wiary w nas samych i w naszym codziennym życiu.

 

           Św. Jakub apostoł pisze w swoim liście: „Wiara bez uczynków martwa jest. Pokaż mi wiarę bez uczynków, a Ja ci pokażę wiarę ze swoich uczynków”. A więc niewiele jest warta nasza wiara, jeżeli nie rodzi dobrego czynu w życiu codziennym.

 

Gdybyśmy patrzyli na człowieka obcego, to po jego sposobie bycia moglibyśmy odgadnąć, kim on jest, co sobą reprezentuje. Odwróćmy to! Na nas też patrzą inni ludzie. Może czasem słabi we wierze, chwiejni, niedojrzali, potrzebujący oparcia. Jakie im dajemy świadectwo? Może w ich oczach to właśnie my jesteśmy silni, nas chcą naśladować, nas stawiają sobie za wzór. A my w pewnym momencie zawodzimy…

 

Siłę i moc do pogłębiania naszej wiary, do wytrwania w dobrem czerpać możemy pełnymi garściami od Chrystusa w Eucharystii.

 

„Cóż za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł”? – pyta Apostoł Narodów.

 

Cóż za korzyść – pytam – będziesz miał bracie z tych świętych dni rekolekcji, jeżeli nie przyjrzysz się swojej wierze i nie pogłębisz jej?

 

Uczyń postanowienie rekolekcyjne. Skorzystaj z podpowiedzi, jaką dają Ci te święte dni. Jaką dyktuje Ci Twoje sumienie. Nie zagłuszaj w sobie tego głosu. Nie odkładaj na potem.

 

 

A Bóg – ten, który wierny jest i wiary oczekuje oraz błogosławi tym wszystkim, którzy pokazują Mu wierność, doda Ci mocy i uczyni Twoje życie radośniejszym. Pozwoli Ci w z nadzieją i w pokoju przeżyć ten trudny dla nas czas. Da radość świąt i ześle obfite swoje błogosławieństwo.